wtorek, 30 lipca 2019
Po drugiej stronie - Recenzja filmu "Parasite"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
Wchodzisz do kina i wygodnie usadawiasz się na fotelu. Film powoli rozpoczyna się. W ciągu najbliższych dwóch godzin towarzyszy ci zaciekawienie, zachwyt, strach, niepewność, konsternacja. Śmiejesz się i ronisz łzę. Wpatrujesz się w przepiękne kadry, ale też w obrzydzeniu odwracasz wzrok. Co się stało? Czyżby sama boska cząstka spłynęła na celuloidową taśmę i została puszczona w twoim multipleksie? Nie, to po prostu Joon-ho Bong nakręcił kolejny film.
Początek "Parasite" zwodniczo przypomina "Złodziejaszków" Hirokazu Koreedy. Oto sympatyczna, czteroosobowa rodzinka pomieszkuje w obskórnej piwnicy, próbując przy okazji zarobić jakoś na życie. W tym celu chwytają się wszelakich dorywczych prac - od bycia cukiernikiem aż po składanie kartonowych pudełek na pizzę. Jednocześnie, wszędzie tam gdzie to możliwe, korzystają z różnorakich kantów w celu zaoszczędzenia paru monet. A to uda się złapać Wi-Fi od sąsiada z góry, a to zjeść darmowy posiłek w stołówce pracowniczej dla zawodowych kierowców a jeszcze innym razem, wystarczy po prostu nie zamykać okna podczas miejskiej deratyzacji, by pozbyć się z mieszkania robactwa. W walce o przeżycie w miejskiej dżungli, wszystkie chwyty dozwolone. Gdy pewnego dnia jeden z bohaterów zostaje zatrudniony przez zamożnych mieszkańców ekskluzywnej dzielnicy, życie naszej rodzinki staje na drodze do świetlnej przyszłości. A przynajmniej tak im się wydaje.
Bo reżyser już szykuje dla nich kilka zwrotów akcji. Dla nas zaś - wyważony miks gatunków. Nie jest to oczywiście wielkim zaskoczeniem, twórca przyzwyczaił nas do naginania zasady decorum już od swych najwcześniejszych dzieł, tym razem jednak, sam stwierdził że pora coś zmienić. Gdy "Szczekające Psy Nigdy Nie Gryzą", czy "Zagadka Zbrodni" subtelnie przeplatały różne konwencje i stylistyki przez całą długość obrazu, tak "Parasite" stawia sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Film dzieli się gatunkowo na kilka odmiennych klimatycznie sekwencji, a każda z nich jest skrzętnie dopieszczona na tyle, by ciągle być kompatybilna z pozostałymi. Duża w tym zasługa samego twórcy, który łączy całość na tyle sprawnie, że nie pozostawia żadnych widocznych szwów. Poszczególne klimaty delikatnie przenikają się, niczym gradienty na obrazach największych mistrzów malarstwa, jednocześnie cały czas zachowując ogólną spójność. Oczywiście, jak to u Bonga, pewne elementy towarzyszą nam od początku do końca. Czarny humor, drobne absurdziki, sarkazm. Wszystko to, ku uciesze fanów, wciąż jest na swoim miejscu.
Oprócz miksów ekranowych, reżyser miesza także w naszej głowie. "Parasite" to jeden wielki emocjonalny rollercoaster. Bong z początku daje nam czas na polubienie stworzonych przez siebie sympatycznych bohaterów, by w następnej kolejności wrzucić ich w wir przejmujący wydarzeń. Widz razem z nimi śmieje się, odczuwa niepokój czy smutek. Duża w tym zasługa świetnej gry aktorskiej, ale co również ważne, nie tylko aktorzy tu "grają". Montaż, praca kamery, kompozycja kadrów czy muzyka. Wszystko to pomaga nam zapaść się w filmowym świecie, niczym kopczyk cukru tonący powoli na kawowej piance.
"Parasite" to bez wątpienia jedno z największych twórczych osiągnięć Joon-ho Bonga. Reżyser w ciągu kilkunastu lat przeszedł drogę od nieokrzesanego filmowca z charakterystycznym stylem, do czołowego koreańskiego artysty, raz po raz zachwycającego publikę. I doprawdy trudno się temu dziwić po seansie jego najnowszego dzieła, gdyż mało kto potrafi tak sprawnie przekuwać ludzkie emocje (nawet te negatywne), na filmową satysfakcję.
Ocena: 9/10
niedziela, 28 lipca 2019
Malując uczucia - Recenzja filmu "Portret Kobiety w Ogniu"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
W jednej ze scen "Portretu Kobiety w Ogniu" bohaterki z pasją wczytują się w mit o Orfeuszu i Eurydyce. Chwilę potem, podczas żywiołowej dyskusji, jedna z nich dochodzi do wniosku, iż decyzja Orfeusza o odwróceniu się do swojej żony, owocująca w efekcie jej stratą, była poetyckim wyborem o zatrzymaniu przez protagonistę mitu wspomnień o ukochanej żonie, zamiast obiektu swojej miłości samej w sobie. Historia płomiennego uczucia, zostawiającego po sobie jedynie trwały obraz w pamięci, jest tu jak odbicie lustrzane samego filmu Céline Sciammi. Historii miłości, z góry skazanej na bolesne zakończenie, zostawiającej pustkę w duszy, oraz zbiór rzewnych wspomnień wypalnoych w świadomości. Wypalających się nie mniej mocniej, co nowy obraz autorki "Lilli Wodnych"
XVIII-wieczna Francja. Malarka Marianne, na zlecenie zamożnej szlachcianki, przybywa do Bretonii w celu uwiecznienia na portrecie córki swojej zleceniodawczyni. Powodem prośby stworzenia obrazu, nie jest jednak jedynie chęć artystycznego uwiecznienia swojej latorośli. Heloise - bo tak zwie się dziewczyna, ma zostać wydana za mąż za bogatego kawalera zamieszkałego w Mediolanie. Jedynym warunkiem jest wysłanie mu portretu przyszłej żony, by ten mógł zaakceptować wybrankę. Wszystkiemu przeciwstawia się sama Heloise, w której myśl o poślubieniu nieznanego jej człowieka, wzbudza jedynie złość i smutek. Tym samym Marianne staje przed zadaniem, potajemnego utrwalenia dziewczyny na płótnie, gdyż ona sama nie wyraża chęci pozowania do dzieła mającego skazać ją na niechcianych związek. Wkrótce, wzajemna relacja kobiet, powoli przerodzi się w płomienne uczucie.
I właśnie ukazanie tego uczucia, jest najmocniejszym punktem produkcji. Silne kobiece postacie powoli przekonują się do siebie, a kiedy obie zaczynają odczuwać jedną z podstawowych, ludzkich rządz, na ekranie rozpoczyna się magia. Reżyserka nie śpieszy się, nie idzie w pół środki, rezygnuje z tanich chwytów. Bohaterki na naszych oczach wykonują przepiękny miłosny taniec, powolnie prowadzący je do płomiennego romansu. Kobiety kuszą się nawzajem, wodzą za nos, biorą udział w psychologicznych pojedynkach, coraz bardziej dojrzewając do wykonania tego najważniejszego kroku. Wszystko dzieje się niezwykle dostojnie, zmysłowo. Zamiast tanich klisz z filmów miłosnych, pędzących by odchaczyć wszystkie punkty z listy, dostajemy stopniowo narastające uczuciowe napięcie, pokazane w sposób dojrzały i bezpretensjonalny. Scen w których widz myśli że "to już" lecz okazuje się że "jednak nie" są dziesiątki. Historia rozwija się powoli, nabierając coraz więcej ciała i gęstości. A oprócz przenikających się na ekranie ludzkich emocji, dostajemy również starcie gatunków.
Bo choć na pierwszy rzut oka, "Portret Kobiety w Ogniu" przypomina kostiumowy melodramat, to im bardziej wgryzamy się w całość, tym bardziej na pierwszy plan wysuwa nam się psychologiczny thriller. Pełen napięcia i niepewności. Reżyserka gestami postaci buduje większy suspens, niż inni twórcy masą zwrotów akcji i zaskakujących zagrywek. Nawet gdy koniec końców wiemy, co z tego wszystkiego finalnie wyniknie (zresztą podpowiada nam to już pierwsza scena), i tak nie możemy oderwać wzroku od śledzenia ekranowej akcji. Akcji zbudowanej z taką czułością, dbałością o niuanse i pietyzmem, że zapewne nawet znajomość filmu na pamięć, nie zepsułaby nam powtórnego delektowania się tą piękną opowieścią.
Ale o czym finalnie mówi ten film? O miłości? Kobiecej sile? Prawdziwości chwili utrwalonej w sztuce? O tym każdy zdecyduje sam, ale zapewniam was, że mówi tak pięknie, iż warto go posłuchać.
Ocena: 9/10
piątek, 26 lipca 2019
Cierpienia młodego skatera - Recenzja filmu "Najlepsze Lata"/"Mid'90s"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
W swoim reżyserskim debiucie, Jonah Hill zabiera nas do Ameryki lat 90-tych. Zamiast jednak wystawych alejek Nowego Jorku, czy upalnych plaż Florydy, woli pokazać nam zniszczone getta, gdzie klasa niższa z dnia na dzień próbuje przetrwać, a dzieciaki, od codziennych problemów uciekają w wir imprez lub deskorolkowych szaleństw. Jednym z nich jest Stevie - nieśmiały chłopak, który z powodu przemocy ze strony brata oraz braku znajomych, stara się znaleźć sobie jakieś zajęcie. Okazja nadaża się, gdy przypadkiem wpada on na ekipę lokalnych skaterów. Od tego momentu otrzymujemy historię o zabawie, przyjaźni i dorastania, ale również o znoju wyniszczającego życia, trudnych decyzjach i codziennych problemach.
Filmy o dorastania to w obecnych czasach zawsze trochę tricky motyw. Dziesiątki obrazów powiedziały już w tym temacie niemalże wszystko, a do tego bardzo łatwo wpaść tu w pułapkę ogólnej miałkości i banalności. Jonah Hill na szczęście w miarę unika głównych niebezpieczeństw, a jego historia, choć nie wychodzi zbytnio poza utarte już wcześnie szlaki, to tworzy jednak naprawdę wciągającą i dobrze skonstruowaną opowieść. Dzieciaki i nastolatkowie mierzą się na ekranie z dorosłymi problemami, a całość balansuje pomiędzy słodkim a gorzkim klimatem. Szczególnie ta żąglerka wychodzi tu nad wyraz dobrze. Każdy dramat jest tu szybko balnasowany przez przyjemny widok skaterskich uciech i przyjacielskich zabaw, a Jonah Hill gdzieniegdzie rzuci w nas jakimś komediowy elementem, zawsze w czas rozładuwując zbytnie napięcie. Do tego otrzymujemy również całkiem niezły klimat, biedniejszej części Stanów lat 90-tych. Co prawda reżyser czasem chwyta się tanich trików próbujących łapać nas za sentyment - tu poleci znana muzyczka, tam zobaczymy fragment klasycznego filmu, jednak trzeba przyznać że całokształt daje radę, i łatwo uwierzyć nam w tą właśnie wizję Ameryki sprzed ery Facebooka.
Finalnie "Najlepsze Lata" to naprawdę dobry film o dorastania i radzeniu sobie. Radzeniu nawet nie z problemami, a z własnymi uczuciami które nam przy nich towarzyszą. Podsumowaniem całości jest jedna z ostatnich scen. Jeden z przyjaciół głównego bohatera mówi mu, że ten zawsze przyjmuje na siebie najcięższe "gówno", i że wcale nie musi tego robić. Ale kto wie, może czasem warto? Bo koniec końców, czego byśmy nie przeżyli, to jeśli wciąż jakoś dychamy i wyciągneliśmy z tego wszystkiego lekcję, to może było warto?
Ocena: 7/10
czwartek, 25 lipca 2019
Miłosny list do Nowego Jorku - Recenzja filmu "W deszczowy dzień w Nowym Jorku"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
Zeszły rok pierwszy raz od dawien dawna minął nam, bez ani jednej produkcji od najbardziej rozpoznawalnego neurotyka na świecie. Aż dziwnie się człowiek czuł, patrząc na wszystkie kinowe premiery wakacyjnego sezonu ogórkowego, nie mogąc jednocześnie powiedzieć sobie w duszy "ehhh, ale przynajmniej nowy Allen będzie". Choć trzeba przyznać, że ostatnimi czasy forma mistrza jest dość zdradliwa. Jak było tym razem? Myślę że dużo lepiej, niż mogliśmy się spodziewać.
Tym razem Woody znów zabiera nas do swojego ukochanego Nowego Jorku, co choć robił już niejednokrotnie, to tym razem wystawia swojej rodzimej miejscowości prześliczną laurkę. O tym, że Allen jest w tym mieście na zabój zakochany, wie chyba każdy jego fan. Reżyser niejednokrotnie podkreślał to w wywiadach, filmach, sztukach czy choćby wtedy, gdy ten jeden, jedyny raz przyszedł na rozdanie oskarów, gdy akademia poprosiła go o zapowiedzenie na scenie montażu "Love letter to New York in the movies". Ale tym razem jest inaczej. Tym razem nie dochodzimy do wniosku, że Allen kocha Nowy Jork, bo kręci w nim filmy. Tym razen to wiemy, bo w swojej nowej produkcji opowiada o nim, jak o własnej kochance. Nie dostajemy akcji zawieszonej "gdzieś na Manhattanie". Poznajemy konkretne sklepy, bary, hotele czy ulice, i choć wszystko to jest po prostu kołem napędowym dla naszych ekranowych bohaterów, to jednak gdzieś podskórnie czujemy, że reżyser nie wybrał ich przypadkowo, i zapewne sam tam chadza, w popołudnia równie deszczowe co w jego najnowszym filmie. A wszystko ukazane jest dodatkowo z taką czułością i zaangażowaniem, że człowiek ma ochotę wybiec z kina, i jak najszybciej wsiąść w nabliży samolot lecący w stronę wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.
Z czułością reżyser traktuje różnież swych bohaterów. I trudno się dziwić, grany przez Timothée'go Chalameta Gatsby, to znów po części alter ego samego twórcy, a wszyscy dobrze wiemy, że odkąd Woody przestał występować w swoich dziełach, nie zawsze to wychodziło. Bo Allen na ekranie nie grał, on po prostu był sobą. Za to nie każdy aktor go odgrywający, potrafił być Allenem. Ale Chalamet wypada w tej roli świetnie. Co prawda z początku parę nutek w jego grze rozbrzmiało mi trochę fałszywie i pretensjonalnie, jednak bardzo szybko dostrzegłem, że Timothée ma swój własny, świetny pomysł na tę postać, a połączenie jego emploi i Allenowskich mądrości, dało nam idealnie zgrany miks, którego już jakiś czas nie uświadczyliśmy w działach reżysera. Chalametowi akompaniuje Elle Fanning w roli jego słodkiej, lekko naiwnej dziewczyny. Jak to często u Allen bywa, postacie pochodzą z dwóch różnych światów, więc świetna, ekpresywna gra aktorska Fanning, jeszcze bardziej pomaga nam dostrzec ten grubo ciosany kontrast pomiędzy bohaterami.
Fabuła nie dąży do jakiegoś konkretnego celu i jest bardziej zlepkiem krótszych lub dłuższych historyjek, w jakie raz po raz wplątują się nasi protagoniści. Allen co jakiś czas serwuje nam taki zbiór anegdotek, i muszę przyznać że nie zawsze mu to wychodziło, jak chociażby w wydanym w 1971 roku "Bananas", sprawiającym wrażenie niechlujnie zszytych gagów, gdzie historia jest tylko pretekstem do strzelenia w nas kolejnym bon motem, czy slapstickową sytuacją. Na szczęście tu wszystko trzyma się kupy, a historia gładko przechodzi od jednego wydarzenia do drugiego, bez widocznych szwów. Humor naturalnie wyłania się nam z historii, i jest dobrze zgrany z całą resztą.
Oko za to, cieszy strona wizualna. Od paru lat Allen przykłada większą uwagę do kolorów w swych dziełach (w dużej mierze jest to zapewne zasługa jego nowego operatora, wybitnego Vittorio Storaro) i trzeba przyznać że jest coraz lepiej. Żąglerka ciepłymi i zimnym barwami sprawia, że sceny z sekundy na sekundę potrafią zmienić klimat i wywołać u widzą całkowicie inny wachlarz emocji niż ten odczuwany przed chwilą.
"W deszczowy dzień w Nowym Jorku" nie jest może najlepszym filmem w filmografii reżysera. Na pewno nie zagrozi takim produkcjom jak "Annie Hal" czy "Hannah i jej siostry". Jest jednak dziełem na tyle dobrym, by przypomnieć mi to wszystko, za co swego czasu pokochałem Allena. A do tego, dostaliśmy piękną klamrę kompozycyjną. Bo kilkanaście lat temu Woody zapowiadał miłosny list do Nowego Jorku na Oscarach, a dziś sam jeden nakręcił.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 24 czerwca 2019
I po zabawie - Recenzja filmu "Laleczka"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
Filmowe remaki niewątpliwie przeżywają właśnie swój renesans. Nie ma ostatnio roku, abyśmy nie otrzymali kilku tudzież kilkunastu obrazów inspirowanych wydanymi przed laty filmami. Jednym z takich projektów jest wchodzący właśnie do kin "Child's Play” (polski tytuł „Laleczka”), będący restartem serii o laleczce Chucky. I jest on dziełem intrygującym już na starcie, gdyż oryginalna seria o Chucky’m była chyba jedynym oldschoolowym cyklem shlaserów, który nigdy nie doczekał się żadnych tego typu wznowień czy startów od zera. W przeciwieństwie do konkurencji, która często i gęsto z takich możliwości korzystała (pozdrawiam 5 linii czasowych na przestrzeni 11 filmów w serii „Halloween”). Co więcej, seria Dona Manciniego jest od 1988 roku nieustanie przez niego kontynuowana. Trzeba tu jednak przyznać, że ostatnie części raczej nie wychodziły zbytnio poza fanatyczne kręgi, najbardziej hardkorowych fanów serii (Co zresztą wyszło im tylko na dobre. „Cult of Chucky” z 2017 roku, nawet wśród krytyków, trafił raczej jedynie do sympatyków morderczej laleczki, tym samym zdobywając w prasie oceny rzędu 7/10).
Przed seansem jednakże towarzyszyły mi dość mieszane uczucia. Z jednej strony zeszłoroczne „Halloween” udowodniło, że i ten gatunek może doczekać się sprawnych reanimacji, z drugiej zaś, wydany w 2009 roku „Piątek 13-go” pokazał, że po prostu nie ma już sensu rozgrzebywać co poniektórych serii. Na szczęście twórcy „Laleczki” nie zamierzali kombinować, i w nasze ręce oddali dzieło przypominające najbardziej campowe filmy lat 80-tych. Czy to słuszny wybór? Lepszego być chyba nie mogło.
Lecz żeby w pełni tę decyzję zrozumieć, musimy sobie mniej więcej nakreślić czasy, w jakich oryginalna seria powstała. Rok 1988. 10 lat po tym jak John Carpenter w 1978 roku rozpoczął wielki boom na slashery (choć Tobe Hooper pojawił się ze swoją „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” już w 74’), gatunek był już dość mocno wymęczony i powoli zaczynał pożerać własny ogon. Fani chcą więcej i więcej, mainstreamowe serie doczekują się mnóstwa kontynuacji, a gdzieś na zapleczu tego wszystkiego powstają setki pół-amatorskich, nakręconych za psie pieniądze pozycji, które tylko popychają całość w coraz to bardziej kiczowate, czy wręcz śmieciowe klimaty. Slashery dotarły do momentu, w którym całe zjawisko cieszy się dość wątpliwą renomą, a prawdziwych fanów nie dziwi już absolutnie nic. Idealny moment na wypuszczenie filmu o żądnej krwi zabawce, opętanej przez duszę seryjnego mordercy.
I tegoroczna laleczka jest dokładnie takim filmem, jakiego moglibyśmy się spodziewać te 40 lat temu - na chwilę przed drugą połową lat 90-tych w której to filmy grozy zaczęły powoli przybierać formę, w jakiej mniej więcej znamy je dzisiaj. Oczywiście nie mam na myśli tu jakiejś topornej archaiczności dzieła, a bardziej oldschoolowy hołd dla klasyki gatunku, co nieco przekonwertowany pod współczesne czasy. Tylko czy to podobieństwo do starszych produkcji jest tak właściwie zaletą, czy wadą? A no, to zależy. Powiedzmy sobie wprost. Slashery to bardzo, ale to bardzo specyficzny gatunek. Mocno zatopiony we własnej konwencji, wymaga od widza dość konkretnych preferencji, zmusza do przymykania oczu na wiele aspektów, a przy głębszym poznaniu wręcz obliguje do sympatyzowania z kinem klasy B czy nawet C i niżej. I nowe „Child’s Play” wymaga od nas dokładnie tych samych rzeczy. Naprawdę nie sposób mi było odgonić swój umysł od myśli „hej, to jest film który raczej nie siądzie ogółowi” kiedy co jakiś czas widziałem kolejną tandetną czy kiczowatą scenę. Z drugiej zaś strony mi, kolesiowi który za małolata, wbrew zaleceniom rodziców, oglądał stare horrory by potem całą noc dygotać ze strachu pod kołdrą lub który zajeździł kasetę ze „Swamp Thing” Wesa Cravena tak, że mój stary odtwarzacz już jej nie odczytywał, nie sposób było się na tym filmie nie bawić świetnie.
Szczególnie, że wiele aspektów jest dopracowana dużo bardziej niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać. Świetne zdjęcia, dobra gra aktorska (Mark Hamill jako Chucky, c’mon!), scenariusz, który choć posiada pewną dozę slasherowej przewidywalności, to jednak w pełni spełnia postawione mu zadania. Znalazło się nawet miejsce dla całkiem solidnej liczby odniesień do trashowych klasyków filmu grozy, czy też oryginalnego cyklu z lalką w roli głównej. Bałem się odcinania kuponów od znanej serii, a dostałem dużo więcej niż oczekiwałbym od jakiegokolwiek reamke’u. Szczególnie, jeśli mowa to o reamke’u TAKIEJ serii.
„Laleczka” to film, którego chyba za nic w świecie nie poleciłbym każdemu. To specyficzny obraz, skierowany dla specyficznego odbiorcy. Ale ten specyficzny odbiorca powinien, tak jak ja, przeżyć dość miłe zaskoczenie i koniec końców wyjść z kinowej sali usatysfakcjonowany. Innych też śmiało zachęcam, ale robicie to już na własną odpowiedzialność. Choć kto wie, może akurat spodoba wam się ten cały slasherowy klimat? Bo jeśli tak, to macie przynajmniej 2 dekady filmów grozy do nadrobienia.
Ocena 7/10
niedziela, 9 czerwca 2019
He still standing - Recenzja filmu "Rocketman"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
Zmierzając na seans „Rocktemana”, nie sposób mi było przegonić z głowy myśli, zestawiających nowy film Dextera Fletchera, z niezbyt udanym, zeszłorocznym „Bohemian Rhapsody”. Na szczęścicie kolejne dwie godziny, przyniosły mi obraz kompletnie odrębny, świetnie skonstruowany i robiący wszystko na tyle dobrze, że dopiero teraz uświadomił mi w pełni, skalę marności „Bohemian…”.
Historia rozpoczyna się w odwykowej sali. Właśnie odbywa się na niej terapia grupowa, a na jednym z krzeseł zasiada Elton John – wybitny muzyk, ale również, jak sam nam zaraz wyjawi, alkoholik, narkoman, bulimik i seksoholik. Pchnięty na skraj psychicznej wytrzymałości Elton, zaczyna pobieżnie opowiadać nam historię swojego życia, a my obserwujemy wszystko to, co doprowadziło go do wielkiego sukcesu, ale jednocześnie, niemalże pociągnęło go na dno.
Przedstawiona nam terapia już na wejściu mocno uczłowiecza głównego bohatera sprawiając, że od początku widzimy go nie jako wyalienowanego artystę, którego od naszego życia dzieli przepaść, ale przede wszystkim, jako zwykłego człowieka, z bagażem emocji i problemów. Dodatkowo całość sprawdza się także jako świetne narzędzie narracyjne. Autorzy mogą skakać po wydarzeniach, lekko zaburzać chronologię czy pomijać nieistotne aspekty historii, a całość finalnie i tak będzie spójna.
A doprawdy nie trudno byłoby tą spójność tu zgubić, bo sam film jest momentami równie szalony, co człowiek, o którym opowiada. Odrealnione sceny, musicalowe wstawki, zabawa formą i montażem. To wszystko raz po raz wyskakuje na nas z ekranu, i co najlepsze ciągle działa w przedstawionej nam konwencji, gdyż wciąż zdajemy sobie sprawę z tego, że bohater prócz suchych faktów, przypomina sobie również emocje czy uczucia towarzyszące tamtym wydarzeniom.
A jak już o wydarzeniach przedstawionych na ekranie mowa, to nie sposób odmówić twórcom odwagi. Nikt tu nie wygładza faktów, nie pomija zbyt drażniących aspektów historii, czy nie chowa głowy w piasek, gdy trzeba ukazać na ekranie sceny kłótni, zażywania narkotyków czy seksu. Czyli mówiąc w skrócie, gdy trzeba pokazać życie Eltona Johna takie, jakim było naprawdę. Zresztą sam Elton był producentem wykonawczym całości, więc można powiedzieć, że sam czuwał nad solidnością przedstawianych treści.
Uwagę warto zwrócić również na obsadę aktorską, na czele ze świetnym Taronem Egertonem. Przede wszystkim, nie stara się on tępo odwzorować granej przez siebie postaci jeden do jednego. W zamian tego, otrzymujemy dobrze wyważony miks Egertona i oczywiście Eltona, co działa świetnie. Z jednej strony wiemy, że ten kogo obserwujemy na ekranie ma być Eltonem Johnem, z drugiej zaś, dzięki dość subtelnej charakteryzacji, aktor wciąż może grać twarzą, i Egerton świetnie to wykorzystuje, dzięki czemu podczas seansu, jego umiejętności oddawania emocji niejednokrotnie zrobiły na mnie całkiem niezłe wrażenie.
Ostatecznie, „Rocketman” nie jest laurką. Nie jest też wymierzonym czyjąś stronę atakiem. To naprawdę dobry biopic, ale oprócz tego także całkiem udany film. Momentami emocjonalny czy ckliwy, innym razem szalony i kwiecisty. Dokładnie taki, jaki obraz o Eltonie Johnie powinien być. Bo i sam Elton taki jest.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 27 maja 2019
Na tropie sentymentu - Recenzja „Pokémon: Detektyw Pikachu”
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
No nie powiem, całkiem w porządku to „Pokémon: Detektyw Pikachu”. Duża w tym zapewne zasługa samego marketingu, bo materiały promocyjne raczej nie zapowiadały nam wielkich niesamowitości, toteż dostaliśmy produkcję taką, jakiej można się było spodziewać. W skrócie - jest rzetelnie, ale bez szału.
Choć film ma kilka naprawdę solidnych zalet. Jako pierwszy rzuca się w oczy świat. Twórcom udało się stworzyć całkiem realistyczny obraz uniwersum, w którym pokemony żyją ramię w ramię z ludźmi, bez uciekania w jakieś abstrakcyjne twory rodem z taniego sci-fi w którym nic się nie klei. To co widzimy na ekranie, to w sumie najbardziej sensowne wyobrażenie tego, jak wyglądałby nasz świat gdyby wrzucić do niego te fikcyjne stwory.
A jak już o stworach mowa, to dostajemy tu kawał, naprawdę dobrej, graficznej roboty. Wszystkie pokemony są tu takim złotym środkiem pomiędzy próbą ich maksymalnego urealnienia, a zachowaniem wyglądu i aury rysunkowych odpowiedników. Disney ucz się. Największą robotę robi tu oczywiście tytułowy Pikachu, któremu głosu użyczył Ryan Reynolds, i który jest chyba głównym, komediowym katalizatorem całego filmu. I pochwały należą się tu zarówno Reynoldsowi, który nie stara się na siłę odgrywać bohatera, a po prostu jest sobą, jak i scenarzystom, którzy świetnie rozpisali postać żółtego protagonisty.
Oczywiście oprócz wyżej wymienionych pozytywów dostaniemy też dość oklepaną historyjkę, przewidywalne zwroty akcji i mocno generyczne postacie, ale wszystko wykonane jest na tyle prawidłowo, że nawet jak nie sprawia nam to frajdy, to też jakoś specjalnie nie uwiera. Autorom choć daleko do mistrzostwa, to podstawowe obowiązki narzucone im przez kino rozrywkowe spełniają po prostu dobrze.
Trudno nie zauważyć, że film celuje w dość charakterystyczną grupę odbiorców. Ja co prawda nigdy nie byłem jakimś homerycznym fanem Pokemonów, jednakże w swoich szczenięcych latach całkiem ową animację lubiłem i podczas seansu „Detektywa Pikachu” gdzieś podskórnie czułem, że dzięki temu całość sprawia mi dużo więcej radochy niż sprawiłaby komuś, kto całkowicie przypadkiem wstąpiłby akurat na ten seans. Ale kto wie, może do niektórych „przypadkowych” obiorców obraz trafi nawet lepiej? A to dlatego, że twórcy próbowali nie tyle tępo wydoić parę groszy ze znanej franczyzy, co po prostu zrobić jak najlepszy film, na miarę własnych możliwości.
Ocena: 6/10 (wersja z napisami)
niedziela, 26 maja 2019
Nabici w butelkę - Recenzja filmu "Aladyn"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
Tegoroczny "Aladyn" ma niestety taki sam problem, jaki posiada spora część disneyowskich produkcji live-action, i jaki zapewne będzie posiadać wiele z tych dopiero nadchodzących. Jest kompletnie wyzutą z emocji adaptacją, której głównym atutem ma być wstawienie aktorów w miejsce animacji. A atut z tego nijaki. Bo ileż powabu dodawała oryginałowi rysunkowa oprawa. Konwersja tego wszystkiego na film aktorski jedynie pozbawiła czaru niektóre z aspektów całego dzieła. Spójrzmy choćby na małpkę Abu czy papugę Iago, które chyba najbardziej oberwały transferem na hiperrealizm, tracąc prawie cały swój urok. A przecież niedługo Disney wyda nakręconego w identycznej konwencji "Króla Lwa", w którym to zwierzaki grają główną (i jedyną!) rolę. Oj będzie ciężko.
Przy czym ja sam, przed premierą, widziałem w Aladynie naprawdę duży potencjał. Wierzyłem, że w remaku można wiele zrobić, bo i w oryginale działo się sporo. No i dobra, dostaliśmy trochę niezłego CGI, szczególnie w scenach z Dżinem, ale co z tego skoro całość jest dziełem tak bardzo mechanicznym. Nie ma w tym duszy czy serca, a jedynie autoplagiatyczna próba odwzorowania scen pierwowzoru, niemalże jeden do jednego. Niemalże, bo sam metraż wydłużono o 40 minut, co często niepotrzebnie spowalnia całą akcję, prowadząc tym samym do naszego znużenia. A przecież tak wiele można tam było przebudować, otrzymując w efekcie dzieło wyróżniające się pozytywnie nawet na tle świetnego oryginału z lat 90-tych. I manifest o podłości ucisku klasowego można by z tego uszczknąć, gdyby ktoś tylko chciał.
Co ciekawe, najbardziej do gustu przypadł mi aspekt, którego przed premierą obawiałem się najbardziej, czyli wspomniany już wcześniej Dżin. Tak się jakoś ostatnio układało, że Will Smith trochę już zmęczył się tym całym aktorstwem i w każdym kolejnym filmie grał po prostu Willa Smitha. Chyba naprawdę potrzebna mu była taka kompletnie odrealniona, zwariowana rola, bo jako niebieskoskóry mięśniak z lampy wypada naprawdę świetnie. Do tego stopnia, że sceny w których występuje są bezapelacyjnie tymi, które podobały mi się najbardziej. Szczególnie wszelkie piosenki, które w odróżnieniu od kompletnie beznamiętnych coverów reszty ekipy, mają dzięki niemu „to coś”. Naprawdę słychać w nich samego Willa i ten jego specyficzny styl, a to mocno dodaje im uroku.
Trochę szkoda, że Disney tak bardzo boi się eksperymentować ze swoimi dziełami, bo tworów takich jak „Aladyn” będziemy w najbliższym czasie dostawać więcej. Bezpiecznych, zrobionych po najmniejsze linii oporu, których głównym celem będzie sentyment starszej widowni i dość niskie oczekiwania młodszej. A na nasze nieszczęście, animacji stojących w kolejce do automatycznego przerobienia na przeciętne filmy, Disney ma jeszcze całą masę.
Ocena: 5/10 (wersja z napisami)
sobota, 18 maja 2019
Życie to taniec. Śmierć też - Recenzja filmu "John Wick 3"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
O tym, co na przestrzeni paru lat zrobili reżyser Chad Stahelski i scenarzysta Derek Kolstad, niektórzy twórcy marzą całe życie. Oto na naszych oczach narodziła się i dojrzała seria, która rozpoczynając swoje podboje, garściami czerpała i cytowała z największych klasyków kina akcji, by dziś, przy premierze trzeciej części, zyskać tak ogromną renomę i status, że może już zacząć cytować samą siebie. A wspomniani wyżej twórcy, nie omieszkają z tej możliwości skorzystać.
Przy tym sami ułatwiają sobie to zadanie, umieszczając fabułę kontynuacji tuż po wydarzeniach z poprzedniczki. John Wick został właśnie ekskomunikowany ze społeczności płatnych zabójców, za jego głowę wyznaczono sowitą nagrodę, a licząca setki członków wspólnota kilerów, właśnie wzięła sobie naszego protagonistę za cel. Dla Johna oznacza to mniej więcej tyle, że „szanse są wyrównane” – jak stwierdza jedna z pierwszoplanowych postaci, dla widzów zaś, że współczynnik ekranowych kopnięć, uderzeń, wymachów i zgonów, należy zwiększyć przynajmniej o kilkanaście jednostek.
A mowa tu o kopnięciach wyprowadzonych bardzo skrzętnie, gdyż „John Wick 3” oferuje zdecydowanie najlepszą choreografię walk, z całej dotychczasowej serii. Każda potyczka jest tu jak misternie zaplanowany pokaz artystyczny, w którym zamiast wyszkolonych tancerzy i gimnastyków, oglądamy żądnych krwi siepaczy, a każdy kolejny występ kończy się nie ukłonem i brawami, lecz stosem nieruchomych ciał oraz powoli stygnącą na posadzce kałużą krwi. Całe to danse macabre upodabnia do estradowych występów jeszcze to, że twórcy w ekranowe szarpaniny starają się upchnąć jak największy wachlarz emocji. Bo o ile poprzednie części serwowały nam klasyczne kino zemsty, tak tu otrzymujemy bardziej coś na kształt zawodów sportowych, w których Wick jest najlepszym zawodnikiem. I tak jak w świecie sportu, choć każdy chce wygrać, to każdemu przyświecają inne intencje i usposobienie. Niektórzy po prostu nienawidzą naszego bohatera, dla innych jest legendą z którą zawsze chcieli się spotkać – oczywiście w walce, a jeszcze inni chcą na nim przetestować swoje umiejętności. To, plus upchnięty gdzie nie gdzie czarny humor, nadaje wszystkiemu całkiem niezłą wielowymiarowość, gdzie każda potyczka jest inna, a jedyne co je łączy, to całkowita niepodobność do klasycznych filmowych mordobić, jakie od lat serwuje nam kino akcji.
Lecz choć ekranowy balet śmierci skutecznie przykuwa naszą uwagę do centrum kinowego ekranu, to od czasu do czasu warto także rozejrzeć się na boki, bo tam też niemało się dzieje. Orgia kolorów, barw i pstrokatych świateł otacza zewsząd naszych bohaterów, a lokacje to fuzja neonowego tech-noir i mokrego snu kaskadera, gdzie wszelkie umeblowanie zostało zaprojektowane chyba tylko z myślą o jego pięknej destrukcji.
Niestety nie tak pięknie rozpada się fabuła, która to im dalej pcha naszego bohatera w czasie, tym bardziej rozmienia się na drobne. I choć przedstawiony nam świat już od pierwszej części był dość intrygujący, tak poznawanie jego kolejnych zasad można porównać do puszczania baniek mydlanych na wietrze – daje to frajdę, ale w oka mgnieniu wszystko znika i trzeba dmuchać ponownie. I twórcy, jak najbardziej, dmuchają w naszym kierunku raz po raz kolejnymi bańkami, tyle że każdą z nich obudowują kilku bądź kilkunastominutową rozmową, która w założeniu ma rozbudowywać fabułę, a w praktyce jedynie testuje naszą cierpliwość w oczekiwaniu na kolejne sceny akcji. Trochę szkoda na to wszystko czasu, skoro z każdej pogaduszki i tak wynika tylko tyle, że John po prostu zmienia oponenta w którego od teraz będzie celować lufą.
Choć moim skromnym zdaniem, lepiej żeby schował gnata do kabury, bo sceny z użyciem broni palnej nieustannie rażą w oczy już od czasów pierwszej części. Całe szczęście i tu poczyniono dość duże postępy względem poprzedniczek, ale ciągle mam wrażenie że Stahelski nie do końca radzi sobie z reżyserowaniem tego typu scen, a każda "strzelana" sekwencja powoduje u mnie mimowolny zgrzyt zębów do tego stopnia, że jeszcze z dwie kontynuacje i będę potrzebował protezy.
Jednakże gdzieś tam w głębi serca mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Seria z części na część staje się coraz lepsza, a za kilkadziesiąt lat będzie dla obecnych pokoleń zapewne tym samym, czym teraz dla ich rodzicieli jest „Szklana pułapka” czy „Terminator”. Kupą pięknych wspomnień i sentymentalnych rozczuleń nad tym, że „takich filmów już się nie kręci”. I ja jestem za, bo choć zwykle kręciłem nosem gdy słyszałem o Johnie Wicku, to tym razem i mnie udało mu się ustrzelić.
Ocena: 7/10
piątek, 10 maja 2019
Szczekające psy nigdy nie gryzą - Recenzja filmu "Wilkołak"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
„Wilkołak” staje w rozkroku gdzieś pomiędzy zmurszałym horrorem, a lekko niedbałym dramatem psychologicznym. Niestety brak dopracowania którejkolwiek ze ścieżek sprawia, że nowy film Adriana Panka, zawodzi na obu tych płaszczyznach.
Rok 1945, czasowe przedpole zakończenia II wojny światowej. Z jednego z właśnie likwidowanych obozów zagłady, udaje się uciec bandzie dzieciaków w przeróżnym wieku. Znajdują oni schronienie w rozpadającej się rezydencji niejakiej Jadwigi, która to postanawia przyjąć do siebie całą zgraję, na czas bliżej nieokreślony. Wkrótce posiadłość zostaje otoczona przez chmarę wygłodniałych wilków, i okazuje się ona tylko kolejnym, po obozie, miejscem izolacji naszych bohaterów, gdzie bez dostępu do jedzenia oraz wody, zmuszeni będą do dalszej walki o swój byt.
I jakże intrygująco wygląda to na papierze. Ekranowa rzeczywistość jest jednak dużo bardziej surowa, nie przyjmując wszystkiego tak wdzięcznie jak papier.
Panek rozpoczyna swoją opowieść od ukazania nam bohaterów, którzy po prostu próbują żyć, w prawie że powojennej rzeczywistości. Oto grupka młodych ludzi, którzy swoje wczesne lata spędzili w sąsiedztwie wojny, bólu, głodu i łez, przypomina bardziej kierowane instynktem zwierzęta, aniżeli jakkolwiek akceptowalnych członków społeczeństwa. Jedzą kiedy się da, piją kiedy się da i odpoczywają kiedy się da, bo w ich umysłach wciąż czai się strach, że za chwilę, ktoś może im odebrać nawet to. Obserwujemy więc jak nasi bohaterowie walczą o obierki z ziemniaków, zlizują wodę ze ścian, czy śpią z nożem w ręce, z obawy o własne życie. I całość z początku rzeczywiście robi wrażenie. Niestety jest ono dość złudne. Bardzo szybko zauważamy, że reżyser próbuje nas zaszokować tanim kosztem, a na pierwszym planie pokazuje to, co inni autorzy umieścili by jedynie w tle swoich opowieści. Gdy Roman Polański w „Pianiście”, raczy nas sceną wygłodzonych ludzi zdrapujących z podłogi resztki upuszczonego pokarmu, robi z tego jedynie przystawkę do nadchodzących wkrótce obrazów cierpienia tytułowego bohatera. U Panka, podobne sceny są przez dłuższy czas daniem głównym. Daniem, które dość szybko staje się dla nas niestrawne, bo wszystkie te sztuczki nie zadziałają, jeśli nie zostaną one wsparte mocną psychologią postaci. A ta, jak wszystko inne w tym filmie, jest potraktowana mocno po macoszemu. Najlepiej napisaną postacią jest młody Władek. Jego persona jest o tyle ciekawa, że przez cały film zachowuje on stałą moralność, niezależnie od wydarzeń w jakich bierze udział. Bo choć sam uciekł z obozu, to obóz najwyraźniej nigdy nie uciekł z niego. Tym samym Władek przechodzi przemianę, ale bynajmniej nie na ekranie, a w naszych oczach, w których to zaczyna jako dość frapująca nas, sympatyczna postać, a kończy, jako najbardziej znienawidzony z całej paczki. Niestety nawet on w pewnym momencie filmu staje się nijaki, a jego losy i zachowania coraz bardziej przestają nas interesować.
Na koniec zostawiłem to, czym ten film miał być od samego początku. Mowa tu o horrorze. Bo podobno miał być on filmem grozy na pełen etat, i dopiero na stole montażowym, twórca podjął decyzję o przemontowaniu całości, by główne akcenty rozłożyć także w rejonach ludzkiej psychologii. Ostatecznie, chyba dobrze że tak się stało. Adrian Panek po prostu nie potrafi straszyć, a jego obraz to jeden wielki festiwal jumpscare’ów. I to jumpscare’ów dość nieudanych. Najazd na okno, głośny dźwięk, coś wyskakuje. Takich scen jest tu od groma. Już dawno nie widziałem horroru, w którym wszystkie przestrachy tak bardzo wynikają z mechaniki ujęć, a nie z rzeczywistej "straszności" danej sekwencji. Nie tak się to dzisiaj robi panie Panek, nie tak.
„Wilkołak” to przede wszystkim zmarnowany potencjał. Ciekawy pomysł i niezła wizja, ostatecznie musiały ustąpić wszechobecnej przeciętności i bezbarwności. A szkoda, bo naprawdę dużo można było z tego wycisnąć. Nie oznacza to jednak, że Adriana Panka należy bezwzględnie przekreślać. Widać, że reżyser ma w głowie poukładanych parę rzeczy, i zostaje tylko liczyć, iż kiedyś przekuje to na filmowy sukces.
Ocena: 5/10
czwartek, 9 maja 2019
Wojna cywili - Recenzja filmu "Tranzyt"
Blog to w głównej mierze akumulacja moich recenzji i dłuższych tekstów. Po codzienne memy, newsy i krótkie formy, wpadaj na: https://facebook.com/OstatniNaSali
Niełatwy cel postawił sobie Christian Petzold, decydując się na przeniesienie we współczesność, stworzonego podczas II Wojny Światowej dzieła Anny Seghers, jednocześnie zachowując klimat i duch oryginału, nawet pomimo wielu fabularnych odstępstw.
Oto w pierwszych sekundach poznajemy Georga, niczym niewyróżniającego się faceta po trzydziestce, o którym nie wiemy zarówno skąd przyszedł, jak i dokąd zmierza. Zresztą o swoich dalszych zamiarach nie wie chyba nawet sam bohater, który nie mając co ze sobą zrobić, siedzi zmieszany w kawiarni i popija kawę. Całość zaczyna się trochę klarować, gdy przyjmuje on od znajomego zlecenie dostarczenia czyjejś korespondencji, a my zaczynamy odkrywać mechanizmy rządzące mikrokosmosem, w którym umieszczony został bohater. Bo oto nasz protagonista znalazł się w dotkniętej nazistowską inwazją Francji, a jego niejasna dla nas przeszłość sprawia najwyraźniej, że w nowym, okupowanym przez wroga świecie, nie czeka go nic dobrego. Georg, z barku lepszych planów, decyduje się uciec do jeszcze w miarę bezpiecznej Marsylii. Szybko jednak na jego barki spada ciężar śmierci przyjaciela - Heinza, a w jego ręce wpadają dokumenty umożliwiające mu przejęcie tożsamości niejakiego Weidela – również niedawno zmarłego pisarza. Bohater uwikłany w cudze sprawy decyduje dać się ponieść nadchodzącym wydarzeniom, rozdarty gdzieś pomiędzy próbą ugrania dla siebie jak największych korzyści, a moralnym poczuciem obowiązku pomocy innym. Poniekąd rozważa on możliwość ucieczki do bezpiecznego Meksyku, która to okazjonalnie mu się nadarzyła, jednak jak się okazuje, zostawienie wszystkiego za sobą jest dla niego dużo trudniejsze od strony emocjonalnej aniżeli technicznej.
Tym sposobem na ekranie obserwujemy poniekąd dramat głównego protagonisty i spotykanych przez niego postaci, ale również dramat tych wszystkich uchodźców, o których codziennie usłyszeć można z głośników telewizora. Z historii bije uniwersalność, a przedstawione przez nią obrazy zestawić można z każdym współczesnym konfliktem zbrojnym ostatnich kilkudziesięciu lat, niczym dwie identyczne odbitki wypalone na błonie fotograficznej. Zatłoczone konsulaty, zniszczone ubóstwem miasta i ludzie, którzy pomimo przerażenia, starają się normalnie żyć, bądź też kombinują, jak wydostać się z tego ziemskiego piekła. Bo choć zmieniają się oblegane miasta, strony konfliktów czy powody ich eskalacji, to gdzieś na zapleczu tego wszystkiego stoi, taki sam jak zawsze, ludzki dramat.
Całą tragedię podkręca jeszcze świetnie zbudowany wokół bohatera świat. Przez fabułę przewija się parę postaci drugoplanowych, jeszcze bardziej uwiarygodniając całą historię. Bo Georg nie jest tu kimś, komu na potrzeby większej filmowości przytrafiła się seria niefortunnych zdarzeń, lub wręcz przeciwnie – komu rozwiązał się worek ze szczęściem. Na równi z nim obserwujemy ludzi, którzy nagle znaleźli się w podobnej sytuacji, a sam bohater jest pośrodku całej tej stawki. Niektórzy mają gorzej od niego, inni lepiej, ale każdy walczy jak może o swoje miejsce w nowej rzeczywistości. „Nigdy ostatni i nigdy pierwszy”, jak to śpiewał kiedyś o życiu Krzysztof Grabowski.
Reżyser oprócz paraleli okresów, historii, miejsc i ludzkiej mentalności, łączy ze sobą także dwa, całkowicie odmienne rzeczy – książkę i film. Co jakiś czas z off-u docierają do nas literackie komentarze bezimiennego narratora, które towarzyszą nam przez cały film aż do napisów końcowych. Jest to chyba najcięższy do zgryzienia element całego filmu, bo choć czasem wczujemy się w ten prozatorski klimat, to niestety w większości wypadków, wpadające znienacka opisy rozgrywających się właśnie wydarzeń, wybijają nas z rytmu, rozganiając przy okazji misternie budowany klimat.
Niestety „Tranzyt” oprócz wielopłaszczyznowych sukcesów, skrywa w sobie również masę niewykorzystanego potencjału. Z wizji uchodźczego życia, autor często przeskakuje w klimaty przesadnie sentymentalne lub nostalgiczne, co można odczytać zarówno jako płytkie triki, jak i brak wyczucia czy subtelności w budowaniu przez siebie opowieści. A szkoda, bo film jest najlepszy wtedy, gdy twórca zbytnio nie kombinuje, a widz przygląda się uniwersalizmowi codziennych zmagań ludzi, mieszkających na terenach dotkniętych zbrojnym konfliktem. A takich uniwersalnych, dających do myślenia opowieści, zdecydowanie potrzebujemy więcej, bo jak grzmiał kiedyś Ron Perlman w jednym z dzieł Bethesdy - „Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia”.
Ocena: 7/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)










